piątek, 1 lutego 2013

Rozdział 1: Początek nowego życia.


Jedenastoletnia Lilianne obudziła się tego dnia bardzo wcześnie. Słońce dopiero wschodziło ponad horyzont, lecz Rudowłosa wiedziała, że i tak już nie uda jej się zasnąć. Pospieszyła do łazienki, gdzie wzięła szybki prysznic i rozczesała swoje gęste, pofalowane włosy. Całkiem rozbudzona stanęła przed drewnianą szafą z dylematem, który każdego dnia męczy wszystkie kobiety: co ja mam na siebie włożyć?
Lily stwierdziła, że nie będzie paradować w szkolnych szatach po mugolskim peronie. Z tego co pamiętała, Severus mówił jej, że nie wolno ujawniać swoich umiejętności w niemagicznym świecie. Dziewczynka doskonale wiedziała dlaczego. Przecież cały świat by zwariował. Tak więc zdecydowała się na krótkie, jeansowe spodenki, czarny t-shirt z nadrukiem i ulubione, czerwone trampki. Cała w skowronkach zeszła do kuchni i zabrała się za szykowanie śniadania dla całej rodziny.
-Już nie śpisz? – spytała oschłym tonem Petunia, opierając się o futrynę drzwi kuchennych.
-Jak widać – odpowiedziała jej siostra takim samym głosem.
-I wyjeżdżasz na cały rok? – dopytywała  Blondynka.
-Wracam na święta – rzekła Ruda, nie patrząc na swoją rozmówczynie  - Chyba te kilka dni z Dziwolągiem wytrzymasz – dodała po chwili.
Petunia nie odpowiedziała tylko wzięła kanapki i powędrowała do swojego pokoju. Lilianne starała się nią nie przejmować. W końcu zaczyna nowe, lepsze życie.
Pół godziny później w kuchni zjawili się rodzice dziewczynek. Lily razem z mamą zaczęła wspominać wszystkie spędzone razem chwile. Pod koniec rozmowy w oczach rodzicieli szkliły się łzy.
-Ale obiecaj, że będziesz pisać – szepnęła mama do swojej młodszej córki.
-Oczywiście - odpowiedziała przytulając ją mocno. Stanęła przed rodzicami i uważnie im się przyjrzała. Mama Mary i ojciec Martin. Zawsze byli dla niej wzorem, miała w nich oparcie i dzięki nim wyrosła na taką osobę jaką jest. Wizja półrocznej rozłąki budziła w niej ogromny smutek, ale nie wyobrażała sobie uczęszczać do normalnej szkoły. Nie po tym co się wydarzyło. O godzinie dziesiątej Mary, Martin oraz Lily wsiedli do samochodu. Ruda spostrzegła profil siostry, patrzącej na nią zza firanki. Ale obiecała sobie, że nie będzie rozpamiętywać zachowań siostry. Zacznie żyć na nowo. Gdy dojechali na dworzec King Kros była dokładnie dziesiąta trzydzieści jeden. Lily czuła coraz większe zdenerwowanie, ale zarazem podniecenie. Nie mogła pozbyć się myśli, że to wszystko jest tylko iluzją.
-Kochanie, z jakiego peronu odjeżdżasz? – dotarł do niej głos matki.
-Z peronu dziewięć i trzy czwarte.
-Ty chyba żartujesz – roześmiał się ojciec – przecież takiego tu nie ma.
-Jest ukryty. Przecież to świat magii – rzekła Lilka niepewnie
-A Wiesz gdzie jest ukryty? – spytała dość poważnie Mary.
-Muszę wbiec w tą barierkę pomiędzy dziewiątym, a dziesiątym peronem.
-Nie ma mowy, nie zgadzam się! – zaprotestował Martin – Rozbijesz sobie głowę i będę musiał z Tobą po szpitalach jeździć.
-Nic mi nie będzie – zapewniła rodziców Rudowłosa.
-A nie możemy iść z tobą? – spytała mama błagalnie.
Dziewczynka pokręciła przecząco głową i po raz ostatni pożegnała się z rodzicami. Z narastającym przerażeniem, chwyciła rączki wózka i zaczęła biec w stronę żelaznej barierki. Osiągnęła taką szybkość, że nie dałaby rady się zatrzymać. Zamknęła oczy, oczekując wielkiego huku, ale nic takiego się nie wydarzyło. Za to ona stała na peronie obok czerwonego pociągu.
-Ja chyba śnię – mruknęła.
Otaczało ją mnóstwo osób w różnym wieku. Jej rówieśnicy i wysocy siedemnastolatkowie dyskutujący o jakichś owutemach. W tłumie mała Lily nieudolnie próbowała wypatrzyć Severusa, który był jedyną znaną jej osobą w tym fascynującym świecie, lecz po 10 minutach szukania go odpuściła sobie i wciągnęła swój ciężki kufer do pociągu. Znalazła wolny przesiedział, w którym po wtaszczeniu kufra na półkę bagażową usadowiła się pod oknem obserwując witających i żegnających się ludzi. Nagle drzwi przedziału otworzyły się raptownie.
 – Hej, nazywam się Emily Meadows, mogłabym tu usiąść?
- Jasne – powiedziała Ruda z uśmiechem na twarzy – ja mam na imię Lily.
-Bardzo mi miło – odpowiedziała szczerze dziewczyna.
Gdy dziewczęta zaczęły rozmawiać o wszystkim i o niczym ktoś wpadł do przedziału. Zdyszana, czarnowłosa dziewczynka zawołała:
-Em,  wszędzie cię szukam. Wiesz, że prawie się na pociąg spóźniłam? To wszystko przez te korki. Oczywiście mama się uparła, że powinniśmy jak cywilizowani ludzie skorzystać z mugolskich sposobów komunikacji. O widzę, że kogoś poznałaś! Ja jestem Layla, a ty?
-Lily.
-O też na l – ucieszyła się dziewczyna – wybaczcie, że tak nawijam, ale ty Emi powinnaś już się przyzwyczaić.
-Nie martw się przyzwyczaiłam się – odparła blondynka z uśmiechem.
Okazało się, że wszystkie trzy idealnie się dogadują. Wspólnych tematów nie było końca. Właśnie rozmawiały o tym, w którym chciały by być domu, gdy drzwi otworzyły się po raz trzeci i tym razem stanęło w nich czterech chłopców.
-Hej dziewczyny – przywitał się najodważniejszy z nich – jestem Syriusz Black.
-A ja James Potter– wtrącił brunet z orzechowymi oczami.
-My się znamy! – wykrzyknęła Lily z uśmiechem.
-Widzę, że skoro się przyjaźnicie to będziemy mogli z wami dzielić przedział? – zapytał Syriusz.
-Oczywiście – odpowiedziała Layla rumieniąc się przy tym.
-Zdaje się, że przerwaliśmy wam rozmowę prawda? – a tak przy okazji jestem Remus Lupin.
-Pewnie jakieś babskie tajemnice co ? – zapytał Syriusz.
-A żebyś wiedział – odpowiedziała Brunetka rumieniąc się jeszcze bardziej.
-Tak na serio rozmawiałyśmy o tym, w jakim chciałybyśmy być domu – rzekła Emily.
-Błagam, żeby to nie były przyszłe ślizgonki – rzekł James składając ręce jak do modlitwy. Przedział wypełniła salwa śmiechu.
-Wszystkie chciałybyśmy trafić do Gryffindoru – rzekła Lily, która na szczęście dowiedziała się o co chodzi z podziałem na domy przed przyjściem chłopców.
-Hahaha, moje dziewczyny – rzekł James obejmując siedzące obok niego Lily i Emily.
-Dzięki stary, cała moja rodzina była w Slytherinie – rzekł Black z niezadowoleniem.
-Boże, z kim ja się zadaję – załamał się Potter szturchając kumpla po przyjacielsku – chyba musisz zerwać z rodzinną tradycją.
-Co racja to racja.
Drzwi do przedziału otworzyły się po raz czwarty. Tym razem była to pani z wózkiem pełnym smakołyków o dobrodusznej twarzy.
-Chcecie coś z bufetu, kochani?
-Poproszę raz , dwa, trzy, siedem butelek soku z dyni.
-To będzie jedenaście sykli.
James odliczył odpowiednią ilość srebrnych monet i przekazał je pani z bufetu, a następnie rozdał każdemu po butelce soku.
-Peter, trzymaj – krzyknął Potter rzucając napój do grubego chłopaka siedzącego w kącie przedziału, który jako jedyny nie odezwał się ani jednym słowem od początku drogi.
-To co, opijmy naszą przyszłą przynależność do Gryffindoru! – zagrzmiał Syriusz – Za bycie Gryfonem!
-Za bycie Gryfonem! – wrzasnął chóralnie cały przedział.
Drzwi przedziału rozsunęły się piąty raz, lecz tym razem grupa przyszłych Gryfonów nie przejęła się tym zbytnio, tylko dalej zawzięcie dyskutowali o quidttichu.
-Ja na pewno będę szukającym – powiedział James.
-Jeśli miotła uniesie twoją napuszoną głowę – wtrącił się kpiący głos nowoprzybyłego.
-Severus? – zdziwiła się Lily.
-Wy się znacie? – spytał James, który był w jeszcze większym szoku od niej.
-Znam ją lepiej od ciebie – warknął Snape – a tak poza tym lepiej by było, gdyby dołączyła do Slytherinu.
W tym momencie Layla z Emily wybuchnęły śmiechem mówiąc jednocześnie:
-Ty chyba żartujesz?!
-Tak. W sumie nie chciałbym w swoim domu takiej małej , brudnej szlamy, która woli towarzystwo napuszonych odważniaków – rzekł chłopak wściekłym tonem.
 Wszyscy towarzysze Lily siedzący z nią w przedziale, spojrzeli na Snape z nienawiścią, a Lily zastanawiała się co może znaczyć słowo „szlama”.
-Uważaj co mówisz Smarkerusie! – krzyknął James wyciągając różdżkę.
-I co zamierzasz zrobić Potter? Dźgniesz mnie różdżką w oko? – spytał przyszły ślizgon z ironią.
-Wyjdź stąd albo zaczniesz rok szkolny z podbitym okiem – zagroził Syriusz.
Snape prychnął i wyszedł pozostawiając przedział znajomych.
-O co chodzi z tą szlamą? – spytała zdezorientowana Lily, której próżność została mile połechtana gdy James stanął w jej obronie.
-To najgorsze przezwisko jakie mogło mu przyjść do głowy – rzekł Remus – tak mówi się na ludzi urodzonych w mugolskiej rodzinie.
-Niby w czym on jest lepszy? – mruknął Syriusz – lepiej pochodzić z mugolskiej rodziny niż trzymać z ciemną stroną.
-I kto to mówi? – zapytał James, dając Syriuszowi sójkę w bok.
-Dlatego ja się do mojej rodzinki nie przyznaję i całym sercem jestem gryfonem – rzekł Brunet z szelmowskim uśmiechem.
Kiedy pociąg w końcu się zatrzymał, cała grupka, można powiedzieć przyjaciół, stanęła na peronie, nie wiedząc gdzie dalej się udać. Nagle usłyszeli głos:
-Pirszoroczni, proszę za mną.
-Chodźcie – zawołał James i razem z resztą znajomych zaczął się przepychać w stronę głosu.
-Witajcie, ja jestem Hagrid i będę musiał was przeprawić przez to jezioro.
No słowo „jezioro” przynajmniej połowie uczniów zdrętwiały kolana.
-Nic się nie martwcie, pogoda ładna, bedzie dobrze.
Jednak słowa olbrzyma wcale nie dodały uczniom otuchy. Gdy już wszyscy siedzieli w łodziach, te same ruszyły. To było takie magiczne płynąć po ciemnym jeziorze wczesnym wieczorem. Lily nawet przyszło do głowy słowo romantyczne, co natychmiast  skojarzyło jej się z Petunią, więc wypchnęła je z głowy. Gdy znaleźli się bezpiecznie na brzegu, Hagrid poprowadził ich do przepięknej Sali Wejściowej.
-Teraz czekajcie na profesor McGonagall – polecił i sam zniknął za bogato zdobionymi drzwiami. Po około 10 minutach stanęła przed nimi kobieta o ostrych rysach twarzy, w bułeczkowatym koku i zielonej szacie.
-Witajcie uczniowie. Za chwile odbędzie się ceremonia przydziału, podczas której dowiecie się, do którego domu będziecie należeć. Przez najbliższe siedem lat nauki, dom do którego traficie, zastąpi wam waszą rodzinę. Za dobre wyniki w nauce zdobywacie dla swojego domu punkty dodatnie, za głupie dowcipy i figle odejmujemy je. Domy są cztery: Gryffindor, Hufflepuff, Raveclaw i Slytherin. Ceremonia odbędzie się za pięć minut. Wokół zapanowała ogromna wrzawa i wszędzie dało się słyszeć głosy:
-Co to będzie?
-Może będziemy musieli walczyć ze smokiem?
-Ale przecież my żadnych zaklęć nie znamy…
Lily, która była bardzo wdzięczna losowi za to co się stało i chciała jak najlepiej wykorzystać daną jej szansę wejścia w inny świat, podczas lata przeczytała wszystkie swoje książki i całkiem sporo z nich zapamiętała. Lecz teoria to zupełnie co innego niż praktyka – pomyślała zmartwiona.
-Ludzie, uspokójcie się! Będziecie tylko głupią czapkę przymierzać – wrzasnął Syriusz, a cała sala umilkła wpatrując się w niego, a raczej w coś, co musiało być za nim. Black powoli się odwrócił i ujrzał Profesor McGonagall.
-O Pani Profesor już jest – rzekł przymilnym tonem Syriusz.
-Jak widać Panie Black. Proszę ustawić się w rzędzie – krzyknęła Profesorka i po chwili dodała – a na ciebie chłopcze będę miała oko.
Chłopak pokiwał głową z lekceważącym uśmiechem i szybko stanął za Jamesem.
Ceremonia przydziału była najbardziej stresującym momentem dla nowych uczniów. Jednak po chwili tak jak to sobie wymarzyli, cała siódemka z Lily włącznie znalazła się w Gryfindorze.



2 komentarze:

  1. Super! Bardzo podoba mi się sposób w jaki przedstawiłaś tu Syriusza, normalnie się zakochałam *_* Tylko jedno pytanie mnie nurtuje... Oni wszyscy mają 11 lat, ale zachowują się chyba bardziej dojrzale... No chyba, że tak ma być ^^ Tak czy inaczej jest świetnie i z niecierpliwością czekam następnego rozdziału! ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Chciałam, żeby byli chociaż trochę dojrzali, ale w kolejnych rozdziałach sprawdzi się cytat "na starość się dziecinnieje" ;D

    OdpowiedzUsuń