Był dokładnie 14 lipca. Słońce wiszące wysoko na niebie powodowało okropny upał,
lecz nie przeszkodziło to mnie i mojej siostrze Petuni w wyprawie na pobliski
plac zabaw. Petunia jest moją starszą o dwa lata siostrą. Czasami mam wrażenie,
że niemożliwością jest fakt, iż jesteśmy ze sobą spokrewnione. Petunia: smukła
blondyneczka o zimnych niebieskich
oczach i prostych niczym nitki kukurydzy włosach. Ja, Lilianne: szczupły
rudzielec z pofalowanymi włosami i zielonymi, radosnymi oczami. Gdybyśmy
chociaż charaktery miały podobne, jak na siostry przystało, ale też nie.
Ja jestem osobą bardzo wrażliwą, empatyczną i dość dojrzałą jak na swój młody wiek. Przynajmniej według mamy. Moja kochana siostrzyczka się z nią nie zgadza. Twierdzi, że jestem rozwydrzonym bachorem, który nic nie wie o życiu. Jednak staram się nie brać jej słów zbytnio do serca. Petunia jest samolubną egoistką, która uwielbia wtrącać się w nieswoje sprawy, a jej ulubioną i z resztą jedyną rozrywką, jest pogoń za chłopcami.
Gdy już doszłyśmy do placyku, pędem pobiegłyśmy do huśtawek. Uwielbiałam się huśtać, zwłaszcza bardzo wysoko. Zaczęłam bujać się tak wysoko, że całkowicie straciłam kontrolę nad huśtawką, która wylatywała wysoko równając się z prętem, na którym była zamontowana. Jednak nie odczuwałam strachu. Wyleciałam w powietrze i to dosłownie. Po kilku sekundach miękko opadłam na rozgrzany beton.
-Lily! – oburzyła się Petunia – mama zabroniła Ci tego robić!
-Nie dramatyzuj, przecież nic mi się nie stało – odpowiedziałam radośnie – patrz co jeszcze potrafię – wykrzyknęłam podnosząc z ziemi zwiędły kwiatek. Położyłam go na otwartej dłoni i sama nie widziałam dokładnie jak udawało mi się to robić, ale płatki kwiatu zwijały się i rozwijały.
-Przestań! – krzyknęła z obrzydzeniem siostra.
-Skoro ci to przeszkadza – powiedziałam obojętnie, odrzucając kwiatek.
Zazwyczaj słuchałam się siostry. Mimo jej podłego charakteru i doprowadzającej do łez szczerości byłam do niej bardzo przywiązana. Przynajmniej wiedziałam, że uniknę z jej strony obłudnych cukierkowych komentarzy, dotyczących mojej osoby.
-Właściwie jak ty to robisz? – spytała Blondynka po chwili z nutą zazdrości w głosie.
-To chyba oczywiste! – usłyszałyśmy chłopięcy głos, dobiegający zza krzaków – Lily, jesteś czarownicą!
-Nie wolno tak przezywać ludzi – burknęłam obrażonym tonem spoglądając na chłopaka krytycznym spojrzeniem. Znałam go z widzenia. Petunia mówiła, że mieszka w dzielnicy Spiner’s End, jednej z najgorszych w Londynie. Z resztą sam jego wygląd nie świadczył o nim najlepiej. Był żylasty, jego czarne oczy były zimne jak lód, a włosy tego samego koloru obrzydliwie tłuste. Jego ubiór ani odrobinę nie poprawiał wyglądu chłopaka. Miał na sobie różową koszulę, jeansowe spodnie i czarną, za dużą pelerynę, która upodabniała go do wyrośniętego nietoperza.
-Ale ja nie chciałem cię obrazić – speszył się chłopiec – jesteś czarownicą, a ja czarodziejem.
-Co to za bzdury? – zbulwersowała się Petunia – chodź Lily, nie będziemy rozmawiać z takim człowiekiem – dodała po chwili kierując się w stronę domu, a ja poszłam bez słowa za nią.
Żadna z nas nie wspomniała rodzicom o naszym spotkaniu z młodym Snapem. Moja siostra udawała, że nie nic takiego w ogóle się nie wydarzyło, jednak słowa Severusa nie dawały mi spokoju. Następnego dnia wyszłam z domu pod pretekstem spaceru po parku. Gdy oddaliłam się od domu na tyle, że żaden z domowników nie mógł mnie zobaczyć przez okno, pędem skierowałam się do położonego niedaleko osiedla domków jednorodzinnych w najgorszej dzielnicy w mieście. Nie miałam pojęcia gdzie czarnowłosy chłopak mieszka więc miałam nadzieję, że spotkam go gdzieś po drodze. Moja intuicja jak zwykle mnie nie zawiodła. Nad brzegiem brudnej rzeki siedział Severus.
-Hej- przywitałam się niepewnie.
-Lily! – wykrzyknął zdziwiony chłopak -Co ty tu robisz?
-Skąd znasz moje imię? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie, oblewając się przy okazji rumieńcem.
-Ja… Obserwowałem cię od jakiegoś czasu – rzekł niepewnie.
Jego odpowiedź tak mnie zszokowała, że całkowicie zabrakło mi słów. Dopiero po kilku minutach wydukałam:
-Co miałeś na myśli mówiąc, że jestem czarownicą?
-Chodź ze mną, a wszystko ci opowiem – szepnął z nutą tajemniczości w głosie.
Chłopak pociągnął mnie za rękę w stronę jakiejś małej polanki. Cała pokryta była mięciutką trawą,
a drzewa tworzyły zielony baldachim nad naszymi głowami.
-Więc jak już mówiłem, obserwowałem cię od jakiegoś czasu. Zauważyłem, że przejawiasz magiczne zdolności, a każde dziecko posiadające moc, w wakacje gdy ukończy jedenaście lat otrzymuje list z informacją o przyjęciu do Hogwartu.
W mojej głowie nagle nagromadziło się mnóstwo pytań.
-Co to jest Hogwart? Jakie magiczne zdolności? I skoro to wszystko prawda, dlaczego jeszcze nie dostałam listu?
-Lily nie tak szybko, daj mi wszystko wyjaśnić – burknął Snape - Hogwart jest to szkoła, w której nauczają magii, a listem nie musisz się przejmować. Powinnaś go otrzymać w ciągu najbliższych kilku dni. A co do magicznych zdolności to chyba pamiętasz, co zrobiłaś wczoraj na placu zabaw.
-Nie oszukujesz mnie? – spytałam niepewnie.
-Oczywiście, że nie Lily. Moja mama też jest czarownicą.
-A jak ja nie mam w rodzinie żadnego czarodzieja? – spytałam zmartwiona.
-To pewnie przyjdzie jakiś urzędnik z ministerstwa, żeby wszystko wyjaśnić twoim rodzicom.
-Ale to niczego nie zmienia?
-Nie, to niczego nie zmienia – rzekł, zaskakująco pewnym głosem.
***
Od kiedy Severus powiedział mi, kim tak naprawdę jestem, codziennie się z nim spotykałam, a on opowiadał mi o świecie magii. Nie powiedziałam o niczym rodzicom ani Petuni, bo tak naprawdę nie miałam pewności, że Snape się ze mnie nie nabija.
Gdy lipiec dobiegał końca nadal nie otrzymałam listu i zaczęłam przyjmować do wiadomości fakt, że jestem zwyczajną jedenastolatką, która idzie do pierwszej klasy gimnazjum. Petunia cały czas mnie straszyła, że wszystko się zmieni i cały mój świat stanie na głowie. Zmienią się nauczyciele i ludzie w mojej klasie, a ja będę się uganiać za chłopakami. Tego nie dopuszczałam do wiadomości. Mama mi powtarzała, że to chłopak ma się o mnie starać i pokazywać, że mu na mnie zależy, a nie odwrotnie. Ostatniego dnia lipca obudziłam się późno. Nim zerknęłam na zegarek, poinformowały mnie o tym promienie wysoko położonego na niebie słońca. Gdy zeszłam na dół rodzice rozmawiali o czymś z podnieceniem, a Petunia siedziała przygryzając wargi z wyraźnym niezadowoleniem na twarzy i zazdrością w błękitnych oczach.
-Co się stało? – spytałam, a moim sercu pojawiła się mała iskierka nadziei, że to, o czym Severus opowiadał mi przez kilka ostatnich tygodni jest prawdą.
-Liluś, ja wiem, że to będzie dla Ciebie szok. Musisz to jak najszybciej przeczytać – rzekła mama, podając mi grubą, pergaminową kopertę.
Drżącymi rękoma wzięłam ją i wyciągałam z niej kolejne kawałki pergaminu. Spojrzałam na pierwszy z nich i zaczęłam czytać:
Szanowna Panno Evans.
Mamy przyjemność poinformowania Pani, że został Pani przyjęty do Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Dołączamy listę niezbędnych książek i wyposażenia.
Rok szkolny rozpoczyna się 1 września. Oczekujemy pańskiej sowy nie później niż 31 lipca.
Z wyrazami szacunku
Profesor McGonagall
-Jestem czarownicą! – krzyknęłam z radością.
Spojrzałam na rodziców, którzy przyglądali mi się z dumą.
-Kochanie, zdecydowaliśmy, że nie pojedziemy nad morze, przecież będziemy musieli ci kupić książki, szaty i inne niezbędne przedmioty – rzekł tata z ogromnym uśmiechem.
-Jak to? – krzyknęła rozczarowana Tunia – przez tego Dziwoląga nie pojedziemy nad morze?
-Petunio nie denerwuj się. Musimy z rezygnować z tego wyjazdu.
-Świetnie – warknęła Blondynka i szybkim krokiem udała się do swojego pokoju.
-Nie przejmuj się nią – pocieszył mnie tata – przejdzie jej.
-Mam nadzieję – mruknęłam bez entuzjazmu, zbyt przejęta listem by myśleć o fochach siostry. Przez cały tydzień myślałam tylko o zakupach na ulicy Pokątnej. Uwielbiałam kupować wyprawkę szkolną, a myśl o czarodziejskich przedmiotach budziła we mnie szczególne podniecenie.
W słoneczny wtorek mama obudziła mnie o godzinie ósmej. Po pośpiesznie zjedzonym śniadaniu, zapakowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy na wielkie zakupy. Nie wiem kto był bardziej podekscytowany, ja czy rodzice. Fakt, że mają w rodzinie czarownicę napawała ich ogromną radością, a nawet dumą. Petunia mimo zapewnień mamy, że kupowanie magicznych przyborów szkolnych będzie świetną zabawą twierdziła, że ma ciekawsze sprawy na głowie niż łażenie po zaczarowanej ulicy pełnej dziwaków.
Gdy dojechaliśmy na miejsce, zgodnie z zawartą w liście informacją poszliśmy do baru Dziurawy Kocioł, gdzie mieliśmy szukać większej ilości informacji. O drogę na Pokątną spytaliśmy dość młodego barmana Toma, który poprowadził nas na zaplecze i klika razy stuknął różdżką w czerwoną cegłę, która wraz z innymi tworzyła wysoką ścianę.
-O to ulica Pokątna – powiedział z uśmiechem – Państwo nie pochodzą z czarodziejskiej rodziny jak mniemam?
-Mmm, nie – odpowiedziała niepewnie mama.
-Oczywiście, oczywiście – mruknął barman bardziej do siebie – więc nie posiadają państwo czarodziejskich pieniędzy?
Moja rodzicielka po raz kolejny zaprzeczyła.
-Więc radziłbym udać się do banku Gringota, to taki duży, biały budynek na końcu ulicy. Tam będą mogli państwo dokonać wymiany mugolskich pieniędzy.
-Mugolskich? – zapytał za dziwieniem tata.
-To znaczy niemagicznych – uśmiechnął się Tom i podążył w stronę pubu.
Kiedy razem z rodzicami wyszłam na szeroką ulicę, dosłownie opadła mi szczęka. Otaczało mnie mnóstwo sklepów z dziwnymi, magicznymi przedmiotami.
Tak jak radził nam barman Dziurawego Kotła, najpierw udaliśmy się do banku, gdzie dokonaliśmy wymiany pieniędzy. Bankierami okazały się być gobliny. Na ich widok po raz koleiny tego dnia moje usta otworzyły się i za nic w świecie nie chciały się zamknąć. Żeby zakupy poszły nam w miarę sprawnie rozdzieliliśmy się. Ja kupowałam razem z mamą szaty i składniki eliksirów, a tata poszedł po książki. Po kilkugodzinnych zakupach, które może trwałyby krócej, gdyby nie to, że chciałam wejść do każdego sklepu, została mi do kupienia jeszcze tylko różdżka. Rodzice polecili mi, bym udała się do sklepu Pana Olivandera, a oni pójdą załatwić jakąś sprawę. Kupno różdżki było dla mnie czymś szczególnym. Ukoronowaniem mojego wejścia w magiczny świat, więc niepewnie weszłam do pustego sklepu. Dzwoneczek zadźwięczał melodyjnie, gdy drzwi lekko uderzyły o futrynę. Rozejrzałam się po pomieszczeniu czując, że nogi mam jak z waty, a w głowie szumiała mi myśl: „Dlaczego nikogo tu nie ma?”. Nagle usłyszałam głos:
-Miałem przeczucie, że już niedługo powitam cię w mym sklepie Panno Evans.
Nie bardzo wiedziałam co odpowiedzieć, ale staruszek chyba tego nie oczekiwał.
-Muszę cię zmierzyć – rzekł czarodziej o szklanych oczach i przyniósł taśmę, która sama zaczęła mi sprawdzać długość prawej ręki.
-Hmm proszę spróbować tę: kwiat róży i włos z ogona jednorożca, delikatna, dosyć sztywna.
Ledwo wzięłam ją do ręki Pan Olivander mi ją zabrał.
-Nie, nie, nie. Jak mogłem się tak pomylić. Spróbuj tę: wierzba, włókno smoczego serca, bardzo elegancka idealna do rzucania uroków.
Poczułam lekkie mrowienie w opuszkach palców.
-Wiedziałem, że ta będzie idealna. Należy się 6 galeonów.
Podałam staruszkowi sześć złotych monet, pożegnałam się i wyszłam na ulicę. Mimo niezwykłości tego Pana, poczułam do niego sympatię. Szłam przed siebie zastanawiając się gdzie mogą być moi rodzice.
-Auu! – krzyknęłam, upadając na wybrukowane podłoże.
-Przepraszam, nie chciałem. Jestem James, a ty? – rzekł chłopiec, wyciągając do mnie rękę.
-Lily –odpowiedziałam wpatrując się w jego orzechowe oczy schowane za okrągłymi okularami, które miały w sobie dziwny urok. Czyżby Petunia miała rację, że zacznę tak jak ona uganiać się za chłopakami? Niepewnie złapałam jego dłoń, a on pomógł mi podnieść się z ziemi.
-Liluś, tu jesteśmy! – usłyszałam w oddali.
-Wybacz ja muszę iść – pożegnałam Jamesa.
-To do zobaczenia w Hogwarcie – odpowiedział chłopak z uśmiechem, który odwzajemniłam.
-Patrz córeczko, co dla ciebie mamy! – zawołała uradowana mama.
Rodzice kupili mi wspaniały prezent, a mianowicie sowę.
-Dziękuję! – krzyknęłam, przytulając mocno rodziców.
-Jak ją nazwiesz?- ciekawiła się mama.
-Pomyślmy… Nazwę ją Margeritta.
-Śliczne imię – zachwycił się tato i po chwili zaproponował abyśmy ten dzień uczcili wielką porcją lodów.
Jedząc ulubiony truskawkowy deser pomyślałam, że Petunia tak naprawdę nie ma pojęcia co to znaczy, że świat przewraca się do góry nogami.
Ja jestem osobą bardzo wrażliwą, empatyczną i dość dojrzałą jak na swój młody wiek. Przynajmniej według mamy. Moja kochana siostrzyczka się z nią nie zgadza. Twierdzi, że jestem rozwydrzonym bachorem, który nic nie wie o życiu. Jednak staram się nie brać jej słów zbytnio do serca. Petunia jest samolubną egoistką, która uwielbia wtrącać się w nieswoje sprawy, a jej ulubioną i z resztą jedyną rozrywką, jest pogoń za chłopcami.
Gdy już doszłyśmy do placyku, pędem pobiegłyśmy do huśtawek. Uwielbiałam się huśtać, zwłaszcza bardzo wysoko. Zaczęłam bujać się tak wysoko, że całkowicie straciłam kontrolę nad huśtawką, która wylatywała wysoko równając się z prętem, na którym była zamontowana. Jednak nie odczuwałam strachu. Wyleciałam w powietrze i to dosłownie. Po kilku sekundach miękko opadłam na rozgrzany beton.
-Lily! – oburzyła się Petunia – mama zabroniła Ci tego robić!
-Nie dramatyzuj, przecież nic mi się nie stało – odpowiedziałam radośnie – patrz co jeszcze potrafię – wykrzyknęłam podnosząc z ziemi zwiędły kwiatek. Położyłam go na otwartej dłoni i sama nie widziałam dokładnie jak udawało mi się to robić, ale płatki kwiatu zwijały się i rozwijały.
-Przestań! – krzyknęła z obrzydzeniem siostra.
-Skoro ci to przeszkadza – powiedziałam obojętnie, odrzucając kwiatek.
Zazwyczaj słuchałam się siostry. Mimo jej podłego charakteru i doprowadzającej do łez szczerości byłam do niej bardzo przywiązana. Przynajmniej wiedziałam, że uniknę z jej strony obłudnych cukierkowych komentarzy, dotyczących mojej osoby.
-Właściwie jak ty to robisz? – spytała Blondynka po chwili z nutą zazdrości w głosie.
-To chyba oczywiste! – usłyszałyśmy chłopięcy głos, dobiegający zza krzaków – Lily, jesteś czarownicą!
-Nie wolno tak przezywać ludzi – burknęłam obrażonym tonem spoglądając na chłopaka krytycznym spojrzeniem. Znałam go z widzenia. Petunia mówiła, że mieszka w dzielnicy Spiner’s End, jednej z najgorszych w Londynie. Z resztą sam jego wygląd nie świadczył o nim najlepiej. Był żylasty, jego czarne oczy były zimne jak lód, a włosy tego samego koloru obrzydliwie tłuste. Jego ubiór ani odrobinę nie poprawiał wyglądu chłopaka. Miał na sobie różową koszulę, jeansowe spodnie i czarną, za dużą pelerynę, która upodabniała go do wyrośniętego nietoperza.
-Ale ja nie chciałem cię obrazić – speszył się chłopiec – jesteś czarownicą, a ja czarodziejem.
-Co to za bzdury? – zbulwersowała się Petunia – chodź Lily, nie będziemy rozmawiać z takim człowiekiem – dodała po chwili kierując się w stronę domu, a ja poszłam bez słowa za nią.
Żadna z nas nie wspomniała rodzicom o naszym spotkaniu z młodym Snapem. Moja siostra udawała, że nie nic takiego w ogóle się nie wydarzyło, jednak słowa Severusa nie dawały mi spokoju. Następnego dnia wyszłam z domu pod pretekstem spaceru po parku. Gdy oddaliłam się od domu na tyle, że żaden z domowników nie mógł mnie zobaczyć przez okno, pędem skierowałam się do położonego niedaleko osiedla domków jednorodzinnych w najgorszej dzielnicy w mieście. Nie miałam pojęcia gdzie czarnowłosy chłopak mieszka więc miałam nadzieję, że spotkam go gdzieś po drodze. Moja intuicja jak zwykle mnie nie zawiodła. Nad brzegiem brudnej rzeki siedział Severus.
-Hej- przywitałam się niepewnie.
-Lily! – wykrzyknął zdziwiony chłopak -Co ty tu robisz?
-Skąd znasz moje imię? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie, oblewając się przy okazji rumieńcem.
-Ja… Obserwowałem cię od jakiegoś czasu – rzekł niepewnie.
Jego odpowiedź tak mnie zszokowała, że całkowicie zabrakło mi słów. Dopiero po kilku minutach wydukałam:
-Co miałeś na myśli mówiąc, że jestem czarownicą?
-Chodź ze mną, a wszystko ci opowiem – szepnął z nutą tajemniczości w głosie.
Chłopak pociągnął mnie za rękę w stronę jakiejś małej polanki. Cała pokryta była mięciutką trawą,
a drzewa tworzyły zielony baldachim nad naszymi głowami.
-Więc jak już mówiłem, obserwowałem cię od jakiegoś czasu. Zauważyłem, że przejawiasz magiczne zdolności, a każde dziecko posiadające moc, w wakacje gdy ukończy jedenaście lat otrzymuje list z informacją o przyjęciu do Hogwartu.
W mojej głowie nagle nagromadziło się mnóstwo pytań.
-Co to jest Hogwart? Jakie magiczne zdolności? I skoro to wszystko prawda, dlaczego jeszcze nie dostałam listu?
-Lily nie tak szybko, daj mi wszystko wyjaśnić – burknął Snape - Hogwart jest to szkoła, w której nauczają magii, a listem nie musisz się przejmować. Powinnaś go otrzymać w ciągu najbliższych kilku dni. A co do magicznych zdolności to chyba pamiętasz, co zrobiłaś wczoraj na placu zabaw.
-Nie oszukujesz mnie? – spytałam niepewnie.
-Oczywiście, że nie Lily. Moja mama też jest czarownicą.
-A jak ja nie mam w rodzinie żadnego czarodzieja? – spytałam zmartwiona.
-To pewnie przyjdzie jakiś urzędnik z ministerstwa, żeby wszystko wyjaśnić twoim rodzicom.
-Ale to niczego nie zmienia?
-Nie, to niczego nie zmienia – rzekł, zaskakująco pewnym głosem.
***
Od kiedy Severus powiedział mi, kim tak naprawdę jestem, codziennie się z nim spotykałam, a on opowiadał mi o świecie magii. Nie powiedziałam o niczym rodzicom ani Petuni, bo tak naprawdę nie miałam pewności, że Snape się ze mnie nie nabija.
Gdy lipiec dobiegał końca nadal nie otrzymałam listu i zaczęłam przyjmować do wiadomości fakt, że jestem zwyczajną jedenastolatką, która idzie do pierwszej klasy gimnazjum. Petunia cały czas mnie straszyła, że wszystko się zmieni i cały mój świat stanie na głowie. Zmienią się nauczyciele i ludzie w mojej klasie, a ja będę się uganiać za chłopakami. Tego nie dopuszczałam do wiadomości. Mama mi powtarzała, że to chłopak ma się o mnie starać i pokazywać, że mu na mnie zależy, a nie odwrotnie. Ostatniego dnia lipca obudziłam się późno. Nim zerknęłam na zegarek, poinformowały mnie o tym promienie wysoko położonego na niebie słońca. Gdy zeszłam na dół rodzice rozmawiali o czymś z podnieceniem, a Petunia siedziała przygryzając wargi z wyraźnym niezadowoleniem na twarzy i zazdrością w błękitnych oczach.
-Co się stało? – spytałam, a moim sercu pojawiła się mała iskierka nadziei, że to, o czym Severus opowiadał mi przez kilka ostatnich tygodni jest prawdą.
-Liluś, ja wiem, że to będzie dla Ciebie szok. Musisz to jak najszybciej przeczytać – rzekła mama, podając mi grubą, pergaminową kopertę.
Drżącymi rękoma wzięłam ją i wyciągałam z niej kolejne kawałki pergaminu. Spojrzałam na pierwszy z nich i zaczęłam czytać:
Szanowna Panno Evans.
Mamy przyjemność poinformowania Pani, że został Pani przyjęty do Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Dołączamy listę niezbędnych książek i wyposażenia.
Rok szkolny rozpoczyna się 1 września. Oczekujemy pańskiej sowy nie później niż 31 lipca.
Z wyrazami szacunku
Profesor McGonagall
-Jestem czarownicą! – krzyknęłam z radością.
Spojrzałam na rodziców, którzy przyglądali mi się z dumą.
-Kochanie, zdecydowaliśmy, że nie pojedziemy nad morze, przecież będziemy musieli ci kupić książki, szaty i inne niezbędne przedmioty – rzekł tata z ogromnym uśmiechem.
-Jak to? – krzyknęła rozczarowana Tunia – przez tego Dziwoląga nie pojedziemy nad morze?
-Petunio nie denerwuj się. Musimy z rezygnować z tego wyjazdu.
-Świetnie – warknęła Blondynka i szybkim krokiem udała się do swojego pokoju.
-Nie przejmuj się nią – pocieszył mnie tata – przejdzie jej.
-Mam nadzieję – mruknęłam bez entuzjazmu, zbyt przejęta listem by myśleć o fochach siostry. Przez cały tydzień myślałam tylko o zakupach na ulicy Pokątnej. Uwielbiałam kupować wyprawkę szkolną, a myśl o czarodziejskich przedmiotach budziła we mnie szczególne podniecenie.
W słoneczny wtorek mama obudziła mnie o godzinie ósmej. Po pośpiesznie zjedzonym śniadaniu, zapakowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy na wielkie zakupy. Nie wiem kto był bardziej podekscytowany, ja czy rodzice. Fakt, że mają w rodzinie czarownicę napawała ich ogromną radością, a nawet dumą. Petunia mimo zapewnień mamy, że kupowanie magicznych przyborów szkolnych będzie świetną zabawą twierdziła, że ma ciekawsze sprawy na głowie niż łażenie po zaczarowanej ulicy pełnej dziwaków.
Gdy dojechaliśmy na miejsce, zgodnie z zawartą w liście informacją poszliśmy do baru Dziurawy Kocioł, gdzie mieliśmy szukać większej ilości informacji. O drogę na Pokątną spytaliśmy dość młodego barmana Toma, który poprowadził nas na zaplecze i klika razy stuknął różdżką w czerwoną cegłę, która wraz z innymi tworzyła wysoką ścianę.
-O to ulica Pokątna – powiedział z uśmiechem – Państwo nie pochodzą z czarodziejskiej rodziny jak mniemam?
-Mmm, nie – odpowiedziała niepewnie mama.
-Oczywiście, oczywiście – mruknął barman bardziej do siebie – więc nie posiadają państwo czarodziejskich pieniędzy?
Moja rodzicielka po raz kolejny zaprzeczyła.
-Więc radziłbym udać się do banku Gringota, to taki duży, biały budynek na końcu ulicy. Tam będą mogli państwo dokonać wymiany mugolskich pieniędzy.
-Mugolskich? – zapytał za dziwieniem tata.
-To znaczy niemagicznych – uśmiechnął się Tom i podążył w stronę pubu.
Kiedy razem z rodzicami wyszłam na szeroką ulicę, dosłownie opadła mi szczęka. Otaczało mnie mnóstwo sklepów z dziwnymi, magicznymi przedmiotami.
Tak jak radził nam barman Dziurawego Kotła, najpierw udaliśmy się do banku, gdzie dokonaliśmy wymiany pieniędzy. Bankierami okazały się być gobliny. Na ich widok po raz koleiny tego dnia moje usta otworzyły się i za nic w świecie nie chciały się zamknąć. Żeby zakupy poszły nam w miarę sprawnie rozdzieliliśmy się. Ja kupowałam razem z mamą szaty i składniki eliksirów, a tata poszedł po książki. Po kilkugodzinnych zakupach, które może trwałyby krócej, gdyby nie to, że chciałam wejść do każdego sklepu, została mi do kupienia jeszcze tylko różdżka. Rodzice polecili mi, bym udała się do sklepu Pana Olivandera, a oni pójdą załatwić jakąś sprawę. Kupno różdżki było dla mnie czymś szczególnym. Ukoronowaniem mojego wejścia w magiczny świat, więc niepewnie weszłam do pustego sklepu. Dzwoneczek zadźwięczał melodyjnie, gdy drzwi lekko uderzyły o futrynę. Rozejrzałam się po pomieszczeniu czując, że nogi mam jak z waty, a w głowie szumiała mi myśl: „Dlaczego nikogo tu nie ma?”. Nagle usłyszałam głos:
-Miałem przeczucie, że już niedługo powitam cię w mym sklepie Panno Evans.
Nie bardzo wiedziałam co odpowiedzieć, ale staruszek chyba tego nie oczekiwał.
-Muszę cię zmierzyć – rzekł czarodziej o szklanych oczach i przyniósł taśmę, która sama zaczęła mi sprawdzać długość prawej ręki.
-Hmm proszę spróbować tę: kwiat róży i włos z ogona jednorożca, delikatna, dosyć sztywna.
Ledwo wzięłam ją do ręki Pan Olivander mi ją zabrał.
-Nie, nie, nie. Jak mogłem się tak pomylić. Spróbuj tę: wierzba, włókno smoczego serca, bardzo elegancka idealna do rzucania uroków.
Poczułam lekkie mrowienie w opuszkach palców.
-Wiedziałem, że ta będzie idealna. Należy się 6 galeonów.
Podałam staruszkowi sześć złotych monet, pożegnałam się i wyszłam na ulicę. Mimo niezwykłości tego Pana, poczułam do niego sympatię. Szłam przed siebie zastanawiając się gdzie mogą być moi rodzice.
-Auu! – krzyknęłam, upadając na wybrukowane podłoże.
-Przepraszam, nie chciałem. Jestem James, a ty? – rzekł chłopiec, wyciągając do mnie rękę.
-Lily –odpowiedziałam wpatrując się w jego orzechowe oczy schowane za okrągłymi okularami, które miały w sobie dziwny urok. Czyżby Petunia miała rację, że zacznę tak jak ona uganiać się za chłopakami? Niepewnie złapałam jego dłoń, a on pomógł mi podnieść się z ziemi.
-Liluś, tu jesteśmy! – usłyszałam w oddali.
-Wybacz ja muszę iść – pożegnałam Jamesa.
-To do zobaczenia w Hogwarcie – odpowiedział chłopak z uśmiechem, który odwzajemniłam.
-Patrz córeczko, co dla ciebie mamy! – zawołała uradowana mama.
Rodzice kupili mi wspaniały prezent, a mianowicie sowę.
-Dziękuję! – krzyknęłam, przytulając mocno rodziców.
-Jak ją nazwiesz?- ciekawiła się mama.
-Pomyślmy… Nazwę ją Margeritta.
-Śliczne imię – zachwycił się tato i po chwili zaproponował abyśmy ten dzień uczcili wielką porcją lodów.
Jedząc ulubiony truskawkowy deser pomyślałam, że Petunia tak naprawdę nie ma pojęcia co to znaczy, że świat przewraca się do góry nogami.
Bardzo mi się podoba! ;) Pamiętam jak ja próbowałam napisać blog o Lily i Jamesie, ale nie wyszło mi to kompletnie, natomiast twoja historia zaczyna się na prawdę ciekawie! Nie mogę doczekać się pierwszego rozdziału ;) Pisz dalej ;*
OdpowiedzUsuńdziękuje za miłe słowa ;* nowy rozdział koło 19 :D
OdpowiedzUsuń